- Wizjonerzy czy szaleńcy
- Przebić szklany sufit
- Zapomniane męczeństwo
- Nie klękać przed smokiem
Z potrzeby serca
Z prymasem Polski, metropolitą gnieźnieńskim, abp. Józefem Kowalczykiem, wcześniej watykańskim dyplomatą, przez 21 lat nuncjuszem apostolskim, 10 lat szefem polskiej sekcji w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej, przewodniczącym Komisji ds. publikacji pism i przekładów obcojęzycznych dzieł Karola Wojtyły z okresu przed wyborem na papieża, oraz redaktorem naczelnym polskojęzycznego wydania 14 tomów nauczania Jana Pawła II, o ministranturze i bł. Janie Pawle II rozmawia Michał Bondyra
W październiku świętujemy 33. rocznicę wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża, ale też po raz pierwszy w kalendarzu wspominamy bł. Jana Pawła II. Jak zdaniem Księdza Prymasa wykorzystujemy my, Polacy, dar majowej beatyfikacji?
– Myślę i chyba ta myśl jest wspólna nam wszystkim, że jest to dla nas akt wdzięczności Bogu i takiego wewnętrznego zadowolenia. Bo przecież błogosławiony jest człowiek, który wyrósł na tej ziemi, który sam zresztą mówił, że w Wadowicach wszystko się zaczęło – życie, człowieczeństwo, kapłaństwo. Pamiętamy te jego piękne wspomnienia z jednej z ostatnich podróży do Polski, do rodzinnych Wadowic. Ludzie czuli jego świętość nie tyle przez wypowiadane słowa, ile przez styl życia. Pismo Święte mówi: „po czynach ich poznacie”. I jego poznaliśmy po czynach, poprzez konsekwentne życie duchem wiary, miłości, wierności temu, do czego powołał go Bóg.
Sądzę, że ta myśl wdzięczności Panu Bogu jest taka sama zarówno u ludzi głęboko wierzących, jak i u tych, którzy patrzyli na papieża jako syna polskiej ziemi, który reprezentował ojczyznę i tak pięknie promował ją na świecie. To pewnego rodzaju duma narodowa, której nie sposób nie zauważyć. Naród polski ma do niej prawo także w kontekście historycznym. Do dumy z tego, że Jan Paweł II zaistniał na tej ziemi mają jednak prawo nie tylko wybitne osobowości z Polski, ale i Europy i całego świata. Ten wątek społeczny wysuwa się na pierwszy plan.
Mam wrażenie, że Polacy jednak bardziej „budowali się” tym, co tak pięknie nazwał Benedykt XVI „najpiękniejszą encykliką Jana Pawła II bez słów”, a więc jego umieraniem, cierpieniem, które znosił w sposób heroiczny. Można sobie wyobrazić co musiał czuć, ktoś komu Bóg dał takie talenty, taki głos, zdolność wypowiadania myśli i naraz jest on tego instrumentu pozbawiony.
Wszyscy pamiętający ten okres, rok 2005 i wszystko to, co działo się w kwietniu, ale i wcześniej, chyba w pełni identyfikują się z tą wypowiedzią Benedykta XVI i widzą w tym wielką lekcję, przesłanie płynące z głębokiej i szczerej wiary umierającego Ojca Świętego. To było to wszystko, o czym Jan Paweł II pisał w liście do ludzi w podeszłym wieku 1 października 1999 r., gdzie opisując każdy etap swego życia, przeprowadzając analizę, dzielił się tym, jak bardzo cieszył się darem życia, jak bardzo go cenił jako chłopiec, student, później kapłan, biskup, wreszcie papież. Miał też świadomość przemijalności, która dotyka każdego. „Ja jestem” – mówił – „w złotej jesieni swojego życia, przygotowany i gotowy na spotkanie z Panem, mimo że tak bardzo kocham życie, wielki dar, który otrzymałem od Boga”.
Tego rodzaju wypowiedzi i postawy Ojca Świętego przemawiają do wszystkich wierzących i nieochrzczonych, przemawiają swoim człowieczeństwem. Dla niego każdy człowiek był zwieńczeniem dzieła stworzenia. Bez względu na kolor skóry, wygląd, przekonania religijne czy polityczne. Ludzie to doskonale odczytywali. Jan Paweł II przecież nie znał wszystkich języków świata, chociażby języka suahili w Afryce, a tam słuchały go miliony. Bo on przemawiał swoją duchowością, promieniował swoim ojcostwem.
A dla Księdza Prymasa wspomnienie beatyfikacji czym jest poza tym aktem wdzięczności?
– Myślę, że dotknąłem chyba cząstki prawdy, która jest wspólna wszystkim Polakom: beatyfikacja nie uczyniła Jana Pawła II świętym czy błogosławionym, a tylko potwierdziła tę świętość, którą emanował przez całe swoje życie, przez cnoty, które praktykował w stopniu heroicznym. Beatyfikacja to tylko akt autorytetu kościelnego dający gwarancje obecnym, ale i przyszłym pokoleniom na to, że sposób jego życia i niezwykłe traktowanie cnót teologalnych – wiary, nadziei i miłości - było święte. Dla mnie, który widziałem Ojca Świętego na co dzień, dla mojej wiary, przekonań takiego aktu nie trzeba było, bo ja go nosiłem w swoim sercu z własnego doświadczenia. W wymiarze Kościoła powszechnego był on jednak konieczny, dlatego Bogu dzięki, że zaistniał.
Wspomniał Ksiądz Prymas o lekcji umierania, którą dał w 2005 r. Jan Paweł II. Cofnijmy się więc pamięcią do 2 kwietnia 2005 r. w życie… Waszej Ekscelencji.
– Tamto papieskie umieranie wiąże się z jeszcze jednym dla mnie przeżyciem – konsekracją bp. Ryszarda Kasyny w Gdańsku. To była ostatnia nominacja biskupia Jana Pawła II. Bp. Ryszardowi i mnie udzielającemu mu tych święceń bardzo zależało, by odbyła się ona za życia Ojca Świętego (choć gdyby tak się nie stało to i tak byłaby ważna). Z niepokojem od rana nasłuchiwaliśmy wieści o pogarszającym się stanie zdrowia papieża. Jednak udało się dokonać konsekracji jeszcze za życia. Papież zmarł, gdy dojechałem do domu. Już w nuncjaturze zadzwonił telefon z Pałacu Prezydenckiego, z prośbą od prezydenta Kwaśniewskiego bym, gdy tylko będę mógł, przyjechał do pałacu. Byłem tam ok. 23. wraz ze śp. bp. Tadeuszem Płoskim. Przed portretem Jana Pawła II z kirem odmówiliśmy modlitwę. To jest kolejny dowód na to, że Ojciec Święty swoją świętością promieniował na wszystkich ludzi także tych uznawanych za niewierzących.
Na drugi dzień rano o godz. 9 odprawiłem Mszę św. w kościele Świętego Krzyża w Warszawie transmitowaną przez radio. To była pierwsza Msza polecająca dzieło, życie i posługę Ojca Świętego naszemu Stwórcy. To był moment, który bardzo przeżyłem. Homilię na tę Eucharystię przygotowywałem zresztą w nocy, wracając ze spotkania u prezydenta, już wtedy nosząc w sercu akt szczerej wdzięczności Bogu za pontyfikat Jana Pawła II i wszystko to, co uczynił dla Kościoła i ojczyzny.
Majowa beatyfikacja to dar niezwykły także dla ministrantów i lektorów. Służbę liturgiczną Jan Paweł II bardzo przecież cenił.
– Okres ministrancki, gdy chłopiec zafascynowany jest liturgią, tym wszystkim, co dzieje się w kościele, a zwłaszcza przy ołtarzu, wspomina do dziś zapewne każdy z nas, niezależnie od tego, jak potoczyły się jego dalsze losy. Każdy, kto był ministrantem, wie też, że dla chłopca, młodzieńca, który powoli wzrasta w swoim człowieczeństwie, ten czas był ogromnie ważny w sensie wychowawczym. Uwrażliwiał go na sprawy Boże i ludzkie, na rozróżnienie sacrum od profanum. Z punktu widzenia wychowawczego ministrantura odegrała też ogromną rolę w życiu Jana Pawła II. Wiele razy widziałem, z jaką ojcowską miłością odnosił się do tych chłopców wpatrzonych w niego, służących mu podczas Mszy w Watykanie. A oni z całym oddaniem, w służebnej postawie, niewymuszonej, a płynącej z potrzeby serca służyli przy ołtarzu. Ta postawa uczy ministranta otwartości na miłość bliźniego, redukowania własnego egoizmu na rzecz drugiego człowieka. „Miłować bliźniego swego, jak siebie samego”.
Ojciec Święty niczego nie narzucał, ale swoim sposobem bycia, uśmiechem, gestem tych chłopców uskrzydlał w służbie. Pamiętam, gdy byłem z nim na pielgrzymce w Niemczech, obecny papież, wtedy prefekt Kongregacji Nauki Wiary, poprosił Jana Pawła II, by ten odwiedził katedrę w Ratyzbonie i posłuchał chóru prowadzonego przez brata kard. Ratzingera. Ojciec Święty spełnił tę prośbę z wielką radością i szacunkiem, wysłuchując z podziwem owoców pracy brata obecnego papieża i śpiewających chłopców. Doceniając tych młodych chłopców, dał im bodziec do dalszej pracy, dowartościowując ich wysiłek, pomagając wchodzić w przestrzeń życia wspólnoty kościelnej. Pokazał, jak można pozytywnie kształtować dusze i umysł chłopca, ministranta, jeśli wypłynie to ze szczerej woli pomocy, akceptacji dla tego, co robi. Ojciec Święty dał wskazówkę, że opiekun musi darzyć swoich ministrantów zaufaniem, z którego ci mogą bezinteresownie korzystać. Na etapie wzrastania, dojrzewania to jest wielka pomoc.
Jan Paweł II sam powtarzał, że w swym człowieczeństwie wzrastał, będąc i ministrantem i studentem, który codziennie idąc ze szkoły, wstępował do kościoła. Robił to nie dlatego, że tak kazał mu ojciec, ale właśnie tak dyktowało mu serce. To jest ten klimat wychowania ministrantów do bycia człowiekiem, niezależnie czy później będzie kapłanem czy ojcem rodziny. Odczytywanie swojej drogi to już sprawa Ducha Świętego. Ale dobre zorganizowanie grupy ministranckiej przez prefektów nie zubaża człowieka, a wręcz przeciwnie daje mu wolność wewnętrzną i pewność graniczącą z zadowoleniem, że to, co robi, robi dobrze, na chwałę Bożą. Ministrantura to wspaniała szkoła, za którą trzeba dziękować dziś tym, którzy w niej uczyli, ale i tym, którzy z niej wyrosili, a dziś się o nią troszczą.
W Księdza Prymasa przypadku ministrantura jako „kolebka powołań” i „proseminarium”, jak pisał w liście do kapłanów bł. Jan Paweł II, sprawdziła się chyba całkowicie.
– Tak, oczywiście. Służyłem do Mszy najpierw w mojej rodzinnej parafii Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny w Jadownikach Mokrych k. Tarnowa. W okresie socjalizmu realnego jako gimnazjalista później też w liceum w Radłowie był też taki moment, gdy wzywano mnie na przesłuchanie, wypytując, dlaczego służyłem do Mszy podczas rekolekcji. To były trudne czasy.
Wspominam do dziś dwóch księży prefektów, wikariuszy. Jeden z nich był katechetą. To on pewnego dnia z całą życzliwością powiedział: „A ty byś mógł być ministrantem”. To mnie uskrzydliło. Nie miałem idealnych warunków, jak ktoś, kto mieszkał 100 m od świątyni, bo do kościoła czy szkoły miałem 5 km. Chodziłem jednak z wielką gorliwością. Pamiętam, jak każdy z nas, który służył, otrzymał później taką odznakę. To było dla nas ważne. Czuliśmy się docenieni, zaakceptowani, potrzebni.
Potrzebny nowemu papieżowi był Ksiądz Prymas już dwa dni po jego wyborze na Stolicę Piotrową. To wtedy Jan Paweł II powołał Waszą Ekscelencję do misji tworzenia polskiej sekcji w Sekretariacie Stanu Stolicy Apostolskiej. Karola Wojtyłę znał Ksiądz Arcybiskup jednak zanim został on papieżem.
– Pierwszy raz nazwisko Karola Wojtyły usłyszałem, gdy został ogłoszony biskupem pomocniczym w Krakowie. Byłem wtedy w okresie przygotowawczym do pierwszego roku Seminarium Duchownego w Olsztynie. Wówczas w lipcu 1958 r. razem z nominacją dla ks. Wojtyły, została ogłoszona nominacja biskupia dla ks. Józefa Drzazgi, późniejszego rektora Seminarium Duchownego w Olsztynie, a byłego profesora KUL w Lublinie, na którym studiowałem po święceniach. Tam pamiętam, jak przyjeżdżał do nas bp Wojtyła z wykładami. Bez jakiegoś bizantynizmu; bardzo skromnie. Modlił się w kaplicy, wykładał i wracał pociągiem do Krakowa. Potem studiowałem w Rzymie i mieszkałem w Polskim Papieskim Instytucie Kościelnym. Na Via Pietro Cavallini przyjeżdżali polscy biskupi, także ojcowie soborowi. Gdy przyjechałem do Rzymu, trwała ostatnia sesja soborowa. Wtedy bp Wojtyła mieszkał właśnie w instytucie razem ze studentami. Tylko, że my na trzecim piętrze, a on na drugim. W pokojach nie było telefonów, aparat znajdował się na korytarzu na piętrze. Gdy dzwonił, podchodził ten, kto był najbliżej i odpowiadał bądź wołał tego, z kim chciał rozmawiać dzwoniący. Pamiętam, jak jednego dnia w godzinach popołudniowych ktoś dzwonił wiele razy. Podszedłem, a głos w słuchawce spytał, czy może porozmawiać z bp. Wojtyłą. Odpowiedziałem, że jest mały problem, bo on mieszka na innym piętrze, a ponieważ ja nie mogę go przełączyć, to jak poczeka, zejdę na dół, by go poprosić do telefonu. Zszedłem i dość energicznie zapukałem do drzwi. Wszedłem i zobaczyłem bp. Wojtyłę, ojca soborowego, jak klęczy na zimnej posadzce i odmawia przy biurku brewiarz. Zawstydziło mnie to, że przeszkodziłem mu w modlitwie, i to tak emocjonalnie. Powiedziałem, o co chodzi. Podziękował i podszedł do telefonu. Ten fakt modlitwy był dla mnie bardzo wymowny. Był takim konkretnym przesłaniem, że on nie robi tego dla ludzkiego poklasku, ale z potrzeby serca. Później, w miarę jak nasze studia się rozwijały, przyjeżdżał często na każde nasze spotkanie, gdy tylko był w Rzymie. Także na imieniny księży. Bo on kochał księży i studentów. Gdy pracowałem już w Kongregacji, będąc w Rzymie odwiedzał mnie w miejscu pracy. W latach 1976–1977 przyjeżdżałem do Polski jako socjusz Sekretarza Rady Publicznej ds. Kościoła na rozmowy z ówczesnym rządem, ale i kard. Wyszyńskim. To były spotkania zmierzające do normalizacji stosunków na linii państwo – Kościół. Uczestniczył w nich też Wojtyła, tyle że nie biskup, a już kardynał. Te spotkania zawsze były życzliwe i szczere.
Gdy kard. Wojtyła został papieżem, polecił Księdzu Prymasowi zorganizowanie sekcji polskiej.
– Z jednej strony było to zaskakujące, z drugiej pewne, przykładając miarę ministrancką – jeśli ktoś obdarzył cię zaufaniem można odpowiedzieć mu tylko tym samym. Pamiętam, że pracując tam z ks. Edwardem, wypadły imieniny. Oczywiście nie zaprosiliśmy na nie Ojca Świętego, przecież nie wypadało. Po tym święcie papież zaprosił nas na kolację i powiedział: „Dotąd mnie zapraszaliście, a teraz co? Przyszedłbym albo i nie, ale zaproszenie powinno być!”. I od tamtego czasu zapraszaliśmy go na każde imieniny, a on na zaproszeniu pisał „dziękuję JP”, a potem zapraszał na poimieninowe obiady czy kolacje. Na nich był taki rodzinny klimat, można było z Ojcem Świętym rozmawiać bez skrępowania, nie licząc się z tym, że popełni się błąd dogmatyczny czy postawi kontrowersyjny problem. On czekał na szczere rozmowy.
Jak Ksiądz Prymas wspomina Jana Pawła II z tego okresu?
– Zapamiętam go jako tytana pracy. Maksymalistę. Dobrym przykładem jest jego pierwsza encyklika Redemptor hominis. 22 października 1978 r. była inauguracja pontyfikatu, później cała masa rzeczy wymagających przemyśleń, spotkań i przemówień. W końcu na przełomie stycznia i lutego następnego roku wyjazd do Meksyku, a wspomniana encyklika opublikowana została… na początku marca. Z punktu widzenia czasowego jej wydanie w tak krótkim czasie wydawało się niemożliwe. Ojciec Święty odpowiadał na to ze spokojem; „Przecież to mnie nic nie kosztowało, wszystko to przywiozłem z Polski”. Poprosiłem, bym mógł zrobić fotokopię (dziś jest ona w fundacji Jana Pawła II), by pokazać, że nikt tej pierwszej encykliki papieżowi nie napisał. Napisał ją sam, odręcznie, po polsku. Jak wszystko. „Czy instrument [język ojczysty], który noszę całe życie, [który] na skutek studiów i pracy nabrał takiego wymiaru jaki ma, mógłbym czymś teraz zastąpić? – pytał papież retorycznie.
Na koniec słów kilka o nuncjaturze. Podczas najdłuższej w Europie, bo 21-letniej kadencji nuncjusza w Polsce spotkań, rozmów na linii nuncjusz – papież było zapewne mnóstwo. Chciałbym zapytać o te najbardziej niezwykłe.
– Najbardziej niezwykła była ta pierwsza. Ojciec Święty w lipcu 1989 r., będąc w Castel Gandolfo poprzez sekretarza zaprosił mnie na obiad. Po modlitwie Anioł Pański powiedział do mnie: „Przygotuj się, bo pojedziesz do Polski”. A był to czas podpisania wstępnych porozumień regulujących stosunki państwo–Kościół i miała nastąpić wymiana przedstawicieli między Watykanem a władzami PRL. Zaskoczony propozycją papieża, zapytałem: „W jakim charakterze?”. „Znasz Kościół w Polsce, znasz struktury rzymskie, będziesz nuncjuszem, którego Polska nie miała pół wieku” – wyjaśnił Jan Paweł II. A ja na to: „Ojcze Święty, nie wiem, czy to jest na moje siły”. A on mi na to krótko: „Pojedziesz, będziesz pracował, a ja się będę modlił i zobaczysz, że coś z tego wyjdzie!”. On wierzył, że jak Bóg do czegoś powołał, to i daje łaskę, by to realizować i tak było przez cały jego pontyfikat.
