- Wizjonerzy czy szaleńcy
- Przebić szklany sufit
- Zapomniane męczeństwo
- Nie klękać przed smokiem
Wigilia w pierwszej stolicy Polski: rozmowa prymasa Polski z Przewodnikiem Katolickim
Wigilia w pierwszej stolicy Polski: rozmowa prymasa Polski z "Przewodnikiem Katolickim"
Z największym sentymentem każdy z nas wspomina chyba najpiękniejsze lata dziecięce i Święta Bożego Narodzenia spędzane w tym okresie życia. Tego się nie zapomina nigdy. Zwłaszcza, jeśli w domu rodzinnym doświadczyliśmy ciepła i miłości.
Z Księdzem Arcybiskupem Józefem Kowalczykiem, metropolitą gnieźnieńskim i Prymasem Polski, rozmawia Adam Suwart
Jak przypuszczam, Święta Bożego Narodzenia i samą Wigilię przeżywał Ksiądz Prymas w swoim życiu w bardzo różnych okolicznościach – od tych najbardziej osobistych, w domu rodzinnym, ale także na Watykanie u boku Ojca Świętego Jana Pawła II, w Nuncjaturze w Polsce… Podobno najcieplej wspomina się właśnie te Wigilie z dzieciństwa.
Rzeczywiście, z największym sentymentem każdy z nas wspomina chyba najpiękniejsze lata dziecięce i Święta Bożego Narodzenia spędzane w tym okresie życia. Tego się nie zapomina nigdy. Zwłaszcza, jeśli w domu rodzinnym doświadczyliśmy ciepła i miłości. Wtedy Święta Bożego Narodzenia stają się jakby kumulacją, kwintesencją tych uczuć rodzinnych, którymi dzieci dzielą się z wzajemnością z rodzicami, rodzeństwem, czy innymi członkami rodziny. Tak było też i w mojej rodzinie. Gdy jest takie rodzinne ciepło, to dziecku nie potrzeba bogactwa wyszukanych, drogocennych prezentów. Wystarcza sam klimat świąt, szczerość i uczucia, jakie sobie wtedy okazujemy oraz – co najważniejsze – przeżywanie tych świąt zgodnie z ich religijnym wymiarem i teologiczną treścią. Przyznam się szczerze, że klimat świąteczny był dla mnie tak sugestywny, że dopiero wiele lat musiało upłynąć od mojego dzieciństwa, bym dał się przekonać, już w toku pogłębionych studiów, że teologicznie najważniejsze święta to Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego. Boże Narodzenie w Polsce, ze względu na sam sposób celebrowania tej uroczystości, z powodu choinki, dzielenia się opłatkiem, wypatrywania pierwszej gwiazdki, a także z racji częstej kiedyś zimowej pogody, jaka towarzyszyła choćby Wigilii, rzeczywiście ma niezwykły klimat i wpływa bardzo na wyobraźnię, szczególnie dziecka.
Święta Bożego Narodzenia nader często w dzisiejszym świecie zachodnim komercjalizują się, tracąc zupełnie swój religijnych wymiar. Jest to jednak znak ostatnich dwóch dziesięcioleci. W czasach dzieciństwa Księdza Prymasa pewnie nie było takich zagrożeń.
Pierwsze Święta Bożego Narodzenia przeżywałem wraz ze swymi rodzicami, siostrą i ciotką w latach II wojny światowej. Klimat tych „wojennych” świąt był jeszcze inny. Towarzyszył wtedy Polakom strach i lęk, poczucie niepewności i osamotnienia. Pamiętam, że w domu okna musiały być szczelnie zasłonięte, obowiązywało zaciemnienie. Dla nas, dzieci ważne było jednak to, że tatuś przyniósł choinkę, którą następnie razem dekorowaliśmy ozdobami wykonanymi domowymi sposobami. Cieszyliśmy się, że wspólnie zasiadamy do wigilijnej wieczerzy, którą udało się zorganizować mimo skromnych warunków, w jakich w czasie wojny żyliśmy. Jaka to była radość, że mogliśmy zasiąść do tego stołu wspólnie z rodzicami, z moją siostrą, z ciocią, która mieszkała z nami, czasem jeszcze z kimś z rodziny. Klimat takich świąt nie jest możliwy do sztucznego stworzenia za największe nawet pieniądze. Wyrasta on bowiem z naturalnych więzi, uczuć miłości i braterstwa, których uczymy się właśnie w rodzinie. Jestem bardzo wdzięczny moim Śp. rodzicom za to, że umieli ten dar miłości przekazać. Nie jest to dar wręczony w opakowaniu, a raczej pewien duch przekazywany poprzez miłość. Jestem przekonany, że dziś bardzo wiele rodzin tak właśnie te święta przeżywa. A niepokojące zjawiska komercjalizacji świąt rzeczywiście następują. Są one znakiem dramatu współczesnego człowieka, który wierzy, że prawdziwe szczęście znajdzie w dostatku materialnym, że pieniędzmi zapewni sobie dobre samopoczucie. Święta Bożego Narodzenia w swej istocie zaprzeczają takiemu podejściu – pamiętajmy, gdzie i w jakich trudnych warunkach bytowych przyszedł na świat Pan Jezus. Tego znaku nie można zignorować. My w dzieciństwie nie czekaliśmy jakoś specjalnie na prezenty…
Ale pewnie były, chociaż jakieś drobne?
Na choince pojawiało się ciastko, cukierek, jabłko, czy specjalnie wykonywane z drewna wisiorki, gwiazdka betlejemska. To wszystko naprawdę tworzyło wystarczającą przestrzeń, która sprawiała radość i - razem z klimatem wieczerzy, wspólnie śpiewanych kolęd – stwarzała niepowtarzalny klimat, który wspomina się do dziś, do którego wraca się pamięcią, czerpiąc z bogactwa wewnętrznego, jakie wtedy zasiano w człowieku. Tak skromnie w sensie materialnym, ale przecież bogato wewnętrznie przeżywane święta wcale nie zubożyły mojego pokolenia. Nie ma oczywiście nic złego we wręczaniu sobie prezentów, dopóki nie przesłaniają one istoty świąt. Patrząc na dzisiejszy przesyt podarków zastanawiam się jednak, czy rzeczywiście sprawiają one autentyczną radość, czy też zbyt często służą zagłuszeniu jakiejś pustki.
Jakie były obyczaje świąteczne w rodzinie Księdza Prymasa? Na pewno z rodzicami szedł Ksiądz Prymas na pasterkę.
Oczywiście. Był to nasz bardzo miły obowiązek religijny. Najpierw jednak przygotowywaliśmy wieczerzę wigilijną. Każdy miał jakieś zadania do wykonania. Siostrze i mnie najczęściej przydzielała je mama. Lubiłem z siostrą wyglądać na zewnątrz i czekać na pojawienie się pierwszej gwiazdy. Gdy ją dostrzegliśmy, z radością biegliśmy do domu, wołając: „Mamo, jest pierwsza gwiazdka!”. Modlitwie przed wieczerzą przewodził ojciec. Klękaliśmy i modliliśmy się przed obrazem Świętej Rodziny. Jestem wzruszony, wspominając dziś te chwile. Pamiętam, że w modlitwie tej wymienialiśmy swych bliskich zmarłych, także tych, którzy nierzadko zostali haniebnie rozstrzelani w czasie wojny.
Po wieczerzy wigilijnej, szło się na pasterkę często w śniegu. Mieszkaliśmy około trzy kilometry do świątyni parafialnej. Szliśmy na pasterkę z radością, w mrozie, przy pięknym księżycu na zimowym rozgwieżdżonym niebie, zmrożony śnieg skrzypiał pod butami. Do dziś mam w uszach ten dźwięk. No i kolędy śpiewane w kościele przepełnionym ludźmi. Widywało się nawet takich parafian, którzy w ciągu roku rzadko pojawiali się na Mszy świętej. Tak wspominam lata dzieciństwa. Później, nastrój ten towarzyszył mi w czasie Świąt, przeżywanych w okresie stalinowskim. Chodziłem wtedy do gimnazjum i mieszkałem poza domem, jednak powrót na święta do rodzinnego domu zawsze był tak samo wzruszającym wydarzeniem. System polityczny mógł bowiem stwarzać niemałe trudności zewnętrzne, ale klimat i warunki do przeżycia duchowego stwarzali rodzice i dom rodzinny. Im bardziej system polityczny ingerował w sprawy wiary i Kościoła, tym bardziej to ciepło rodzinnego przeżywania Bożego Narodzenia dawało się odczuć.
Widać, że Święta Bożego Narodzenia pokazują, jak bardzo człowiekowi potrzebna jest pełna rodzina, dobry dom, szczere uczucie, którego braku nie trzeba maskować pogonią za dobrami materialnymi.
Bardzo chciałbym podkreślić właśnie przy okazji Bożego Narodzenia, że dziecko powinno wychowywać się w klimacie autentycznej, szczerej i uczciwej rodziny. Jakże ważne jest naśladownictwo wzoru ojca i matki! Jak często dziś kultura masowa przekręca te role, stara się je zastąpić innymi, wręcz patologicznymi. Boże Narodzenie w swej najgłębszej teologicznej treści uczy nas więc, jak żyć, jak tworzyć rodzinę, jak obdarowywać się miłością i z jakim dystansem patrzeć na wielki świat, który wtedy przed ponad dwoma tysiącami lat często Bożego Narodzenia nie rozumiał, albo po prostu nie umiał zauważyć.
Poza Świętami Bożego Narodzenia spędzonymi w dzieciństwie Ksiądz Prymas przeżywał też pewnie święta w wielu innych okolicznościach w kolejnych etapach życia.
Gdy wstąpiłem do seminarium duchownego, wieczerzę wigilijną spożywaliśmy właśnie w seminarium, ale już w pierwszym dniu świąt rozjeżdżaliśmy się do swych domów rodzinnych. Gdy zostałem już wyświęcony na kapłana, święta najczęściej spędzałem w parafii, w której posługiwałem. Niebawem wyjechałem do Rzymu na studia. Po długich staraniach, zakończonych odmowami, otrzymałem wreszcie paszport, który uprawniał jednak jedynie do jednorazowego przekroczenia granicy przy wyjeździe do Włoch. Przez cztery lata nie mogliśmy – moi koledzy i ja – wrócić na Boże Narodzenie do domu w Polsce. Święta przeżywaliśmy więc w Instytucie Polskim w Rzymie, w klimacie stworzonym przez ówczesnego rektora księdza infułata Franciszka Mączyńskiego. Choć ksiądz rektor stwarzał miły klimat tych świąt, tęskniliśmy za domem. Tym bardziej, że nie mogliśmy się często połączyć telefonicznie z rodziną w Polsce, co wielokrotnie nawet przez wiele godzin nie udawało się, i to nie z winy poczty włoskiej… Dopiero po czterech latach studiów władze PRL pozwoliły nam na przyjazd do Polski.
W 1969 roku Ksiądz Prymas rozpoczął pracę w Kurii Rzymskiej, czy to zmieniło obchodzenie Bożego Narodzenia?
Starałem się przyjeżdżać na Wigilię do rodziców, do Polski. Gdy w październiku 1978 roku kardynał Karol Wojtyła został wybrany papieżem, to już w grudniu, pierwsze święta po tym wiekopomnym wydarzeniu spędziłem na Watykanie, patrząc na papieża Polaka. Było to rzeczywiście wielkie przeżycie. Włosi przyglądali nam się z uwagą, jak w otoczeniu nowego papieża Polaka celebrujemy te święta, czym jest polski opłatek, który stał się odtąd obyczajem bardzo publicznym. Także choinka, która od czasów Jana Pawła II była stawiana na placu Świętego Piotra stała się zaskoczeniem dla wielu. Pierwsza podczas pontyfikatu Jana Pawła II Wigilia Bożego Narodzenia dała się dobrze zapamiętać. Ojciec Święty przeżywał bardzo nostalgicznie fakt, że Wigilię spędza poza Polską, Tęsknił do tej naszej rodzimej atmosfery. Mówił o tym jako o wykorzenieniu w sensie oddalenia od polskiej tradycji, od emocji, jakie w Polsce towarzyszą świętowaniu Bożego Narodzenia. Każdy obyczaj bożonarodzeniowy przemawia swoim językiem. Zwyczaje przeżywania świąt są w kulturze włoskiej również piękne, ale my tęskniliśmy za tym naszym, polskim świątecznym pejzażem i Ojciec Święty starał się go wytworzyć na Watykanie, śpiewał polskie kolędy, łamał się opłatkiem. Z czasem te również piękne zwyczaje świąteczne Włochów stały się nam również bardzo bliskie.
Symbolicznym przeżyciem dla Ojca Świętego Jana Pawła II i jego watykańskiego otoczenia były też z pewnością Święta Bożego Narodzenia w 1981 roku i słynne światło w oknach apartamentów papieskich.
Dla Jana Pawła II grudzień 1981 był ogromnym przeżyciem. Podobnie dla nas, Polaków z Kurii Rzymskiej. Wprowadzenie w Polsce stanu wojennego sprawiło, że byliśmy zagubieni, zdezorientowani. Do ojczyzny nie można było się dodzwonić, skontaktować z bliskimi. Pamiętam, jak znaleźliśmy się ze współpracownikami w okolicy kaplicy Ojca Świętego. Tam, nieco zdesperowani zapytaliśmy Ojca Świętego, co teraz będzie, w jakim kierunku rozwinie się ta niebezpieczna sytuacja. Ojciec Święty odpowiedział jednak ze spokojem: „Musimy być cierpliwi, modlić się i czekać na znaki”. Po tych słowach udał się do kaplicy i pogrążył się w długiej modlitwie. Jan Paweł II te wszystkie polityczne wydarzenia rozpatrywał w kategoriach Bożej Opatrzności. I rzeczywiście, ta pierwsza Wigilia w stanie wojennym, to światło w papieskim oknie, które pan wspomina było wielkim wzruszeniem. Był to bowiem papieski znak solidarności, ale także przesłanie do tych wszystkich, którzy solidaryzowali się z papieżem i Polską. Warto te chwile przypominać, bo dziś pod prawie 30 latach od tamtych wydarzeń często już nie doceniamy, co wówczas znaczyło, że Polak został papieżem.
Nastał jednak ten upragniony przez Jana Pawła II znak, jakim stała się wolność odzyskana przez Polskę. W listopadzie 1989 roku Ksiądz Prymas wrócił do ojczyzny, by objąć tu obowiązki Nuncjusza Apostolskiego i zorganizować nuncjaturę. Czy święta obchodzone w tej nowej roli różniły się od poprzednich?
Przyjechałem do Warszawy w listopadzie 1989 roku, a więc znów prawie na święta. Zamieszkałem w Warszawie, w alejach Szucha, w domu, który było trzeba zorganizować w zasadzie od podstaw. Pierwszą wigilię spędziłem wraz z moim ówczesnym współpracownikiem, obecnym nuncjuszem, księdzem arcybiskupem Celestino Migliore, oraz z siostrami urszulankami. Rozpoczynał się nowy rozdział w posłudze, ale wigilie pozostały takie same. W Nuncjaturze przez następne dwadzieścia lat obchodziliśmy Święta Bożego Narodzenia kameralnie, w rodzinnej atmosferze, podobnej do tej, jaką wspominałem z domu rodzinnego. Oczywiście przed świętami w nuncjaturze odbywało się spotkanie świąteczne z korpusem dyplomatycznym. Składaliśmy sobie wtedy bożonarodzeniowe życzenia nie tylko z ambasadorami państw tradycyjnie chrześcijańskich, ale też na przykład krajów arabskich. Dyplomaci z państw muzułmańskich szanowali, a nawet lubili nasze świąteczne obyczaje, podobnie jak ja uczestniczyłem jako dziekan korpusu dyplomatycznego w ich uroczystościach, na przykład z okazji rozpoczęcia Ramadanu.
Boże Narodzenie Anno Domini 2010 to pierwsze święta, które spędzi Ksiądz Arcybiskup jako Prymas Polski. Czy to coś zmienia w podejściu do tego czasu?
Nie będę ukrywał, że jestem w środowisku jeszcze cały czas dla mnie nowym, które dopiero poznaję. Mam świadomość, że przeżywam święta w pierwszej stolicy Polski, gdzie zrodziły się struktury państwa polskiego, gdzie była siedziba pierwszego na ziemiach polskich arcybiskupa metropolity. I choć nie każdy kamień tutaj przemawia już do mnie, to jednak patrzę z podziwem na prastarą bazylikę archikatedralną, gdzie słowo Boże głosiło tylu kolejnych moich poprzedników – arcybiskupów gnieźnieńskich i Prymasów Polski. Jest niezwykłym doświadczeniem spędzać Święta Bożego Narodzenia w miejscu, gdzie narodziła się Polska i Kościół w Polsce, tu, gdzie spoczywają relikwie świętego Wojciecha, gdzie widać ślady z czasów Bolesława Chrobrego. Daje mi to nową motywację do ponownego przeżywania tych świąt i znów stwarza piękny nastrój, skłaniający do myślenia, jak ci wielcy poprzednicy przeżywali przed wiekami Boże Narodzenie i czy my dzisiaj potrafimy docenić ich trud i pozostać wiernymi tej tradycji i wierze.
źródło: "Przewodnik Katolicki" nr 51/2010
