- Wizjonerzy czy szaleńcy
- Przebić szklany sufit
- Zapomniane męczeństwo
- Nie klękać przed smokiem
Poczet Prymasów Polski
Jego wielkość dostrzegali zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy. Jan Paweł II nazywał go zwornikiem całego Kościoła w Polsce, który tworzy sklepienie i odzwierciedla siłę fundamentów. Przedstawiciele władz PRL z kolei chcąc nie chcąc szanowali i doceniali jego patriotyzm, charyzmę i siłę charakteru.
Był jedną z najważniejszych i najbardziej szanowanych osobistości w Polsce międzywojennej i powojennej. Wprawną ręką dzierżył ster Kościoła w naszym kraju mozolnie organizując jego działalność w nowych warunkach geopolitycznych. Wielkie nadzieje pokładał zwłaszcza w laikacie, upatrując w nim lidera aktywności społecznej i kulturalnej.
Przyszło mu pełnić urząd arcybiskupa gnieźnieńskiego i poznańskiego w przełomowych dla Polski czasach. Po 123 latach zaborów Ojczyzna nasza odzyskała niepodległość i powróciła na mapę Europy. Dalbor dobrze rozumiał wagę tego wydarzenia i z powierzonych mu zadań wywiązał się wzorowo.
Był inicjatorem prężnie rozwijającego się w Wielkopolsce katolickiego ruchu społecznego. Powoływał nowe stowarzyszenia kościelne, wspierał już istniejące i wszystkie zachęcał do aktywnego działania. On również założył „Przewodnik Katolicki”, który pod koniec XIX wieku wywierał ogromny wpływ na świadomość religijną, społeczną i narodową Polaków. Nie dziwi, że współcześni nazywali go „arcybiskupem socyalnym”.
Był Niemcem z pochodzenia. Prusacy wysuwając jego kandydaturę na arcybiskupa gnieźnieńskiego i poznańskiego oczekiwali, że stanie się on narzędziem germanizacji. Przeliczyli się jednak. Dinder nie tylko nie spełnił „pokładanych w nim nadziei”, ale wielokrotnie dawał Polakom dowody swojej życzliwości i lojalności.
Młodość spędził we Włoszech, wiek dojrzały w licznych misjach dyplomatycznych w różnych zakątkach świata. Wybór na arcybiskupa gnieźnieńskiego i poznańskiego spadł na niego trochę jak grom z jasnego nieba. Wystarczy wspomnieć, że po objęciu urzędu ciągle mówił po łacinie, a nie po polsku.
Nie stał się legendą, jak jego poprzednik i następca. Nie przeprowadził żadnych spektakularnych akcji. Nie podjął decyzji zmieniających bieg historii. Niemniej to właśnie dzięki niemu archidiecezje gnieźnieńska i poznańska pozostały polskie, a młodzi księża potrafili skutecznie oprzeć się kulturkampfowi.
Dokonał tego, czego nie zdołali zrobić jego poprzednicy – nadał połączonym unią personalną archidiecezjom gnieźnieńskiej i poznańskiej kształt organizacyjny i wewnętrzną jedność w ramach obowiązującego prawa. Zadbał także, by język polski nie zniknął ze szkół, a represjonowani księża odzyskali wolność.
Jako jeden z niewielu dostrzegał niebezpieczeństwo germanizacji i zniemczenia narodu. Walczył o język polski w szkołach, starał się ratować bezcenne pamiątki narodowe i nie szczędził sił, by podnieść prestiż Kościoła w Wielkim Księstwie Poznańskim.
Był pierwszym arcybiskupem połączonych unią personalną arcybiskupstw gnieźnieńskiego i poznańskiego. Pobożny, wszechstronnie wykształcony, starał się świecić przykładem i dać odpór pruskim zakusom mającym na celu likwidację arcybiskupstwa gnieźnieńskiego.
Przyszło mu kierować Kościołem w Polsce w czasach, gdy Polski na mapie Europy nie było. Z zadania tego wywiązał się godnie. Był nieugiętym obrońcą wiary i strażnikiem sprawiedliwości, a przy tym człowiekiem niezwykle skromnym. Gdy proponowano mu kardynalską purpurę – odmówił.
Rozumiejąc, że będzie towarzyszów bawił,
Niedźwiedź, według zwyczaju, nic do rzeczy prawił.
Znudzeni tymi bajki, gdy wszyscy drzymali,
Gniewał się wilk na liszkę, że niedźwiedzia chwali.
Rzekła liszka: "Mnie idzie o ochronę skóry:
Niezgrabną ma wymowę, lecz ostre pazury."
Był młodszym bratem i zarazem najwierniejszym stronnikiem króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. W czasie insurekcji kościuszkowskiej wyjechał z kraju i słuch o nim zaginął. Zmarł kilka tygodni później. Był ostatnim prymasem niepodległej Polski.
Sam o sobie mówił – ekonom. Talentu w tej materii nie odmawiali mu także współcześni. Kanonik gnieźnieński Baltazar Pstrokoński pisał, iż „w ekonomii królem mógł być nazywany i z niej wiele pożytkował”.
Niechlubne były jego postępki. Zaniedbywał funkcje duchowne, żył ponad stan i dla własnych korzyści pozostawał na usługach obcego mocarstwa. Dość powiedzieć, że ówczesny ambasador rosyjski Nikołaj Repnin nazywał go wzgardliwie swoim „sekretarzem”.
A właściwie Władysław Aleksander Łubieński, syn Macieja herbu Pomian i Marianny ze Stokowskich herbu Jelita. Wykształcony, obyty, rozmiłowany w literaturze i naukach. Lepszy pisarz niż polityk.
Gdy otrzymał promocję na stolicę arcybiskupią w Gnieźnie miał zaledwie 49 lat i nie był nawet biskupem. Jego nominacja miała posmak skandalu i głęboko poruszyła opinię publiczną wywołując powszechne oburzenie i sprzeciw.
Nazywano go „sancta anima” co znaczy dosłownie święta dusza. Nie gromadził pieniędzy, nie dbał o stroje i wszystko, co miał, rozdał biednym. Gdy zabrakło grosiwa, ofiarował im nawet srebra stołowe. Sam zaś jadał na zwykłej zastawie rozstawionej na okiennicy, która niekiedy służyła mu za stół.
Był biskupem więcej niż połowę swojego życia. Rządził kolejno w diecezji chełmińskiej, warmińskiej i archidiecezji gnieźnieńskiej. Niesłychanie ambitny, aktywnie uczestniczył w życiu politycznym. Brakowało mu jednak polotu dyplomatycznego i obiektywizmu, kierował się bowiem przede wszystkim dobrem swoim i swojego rodu.
Był wzorowym duszpasterzem i kiepskim dyplomatą. Gdy sejmujący posłowie uchwalili, iż do pospolitego ruszenia mają pójść także ludzie z dóbr kościelnych, nie zdołał ukryć gniewu i demonstracyjnie opuścił izbę. Za nim podążyli inni biskupi. Doszło wówczas do skandalu. Rozdrażnieni posłowie chwycili krzesła hierarchów i wyrzucili je w ślad za nimi.
Był człowiekiem niezwykle wyniosłym i zarozumiałym. Jako interreks po śmierci Jana III Sobieskiego kazał nosić nad sobą baldachim, a w senacie zajmował miejsce króla. Nigdy nie odwiedził Gniezna i mimo nalegań kapituły przez 17 lat rządów nie odbył ingresu do katedry gnieźnieńskiej.
Był utalentowanym kaznodzieją. Mówił ponoć z wielkim żarem i niezwykle przekonywująco. Nic dziwnego, że król Władysław IV Waza zlecił mu głoszenie kazań dla zadziornej szlachty, która na sejmowe obrady zjeżdżała.
Jako dziecko został zaniesiony przez matkę do kolegiaty wieluńskiej i ofiarowany przed obrazem Matki Bożej do stanu duchownego. Przeszło 20 lat później przyjął święcenia kapłańskie. Zapewne ani on, ani nikt inny nie spodziewał się wówczas, że tak wysoko zajdzie.
Słynął z przykładnego życia, pacyfistycznego nastawienia i kuriozalnych wręcz pomysłów. W 1669 roku w czasie elekcji po abdykacji Jana Kazimierza zaproponował, by nowego króla wybrać w drodze… losowania.
Pozostawił po sobie nienajlepszą sławę. Zaniedbywał sprawy Kościoła, nie interesował się powierzoną mu archidiecezją, na polu politycznym nieustannie spiskował i wichrzył. Jego niechlubny konflikt z Michałem Korybutem Wiśniowieckim otarł się o papieża i niemalże doprowadził do upadku butnego prymasa.
W Gnieźnie był tylko raz – przy okazji swojego ingresu do katedry gnieźnieńskiej. Później na skutek zawieruchy wojennej i dokuczliwego reumatyzmu do stolicy metropolitalnej nie przyjeżdżał. To właśnie podczas tego pierwszego i zarazem ostatniego pobytu bazylika prymasowska wzbogaciła się o jeden z najcenniejszych zabytków, który szczęśliwie możemy oglądać do dziś.
Sprawował urząd arcybiskupa metropolity gnieźnieńskiego w trudnych czasach potopu szwedzkiego. Historycy podkreślają, że był bardziej mężem stanu niż księciem Kościoła. Nie znaczy to jednak, że sprawy tego ostatniego nie leżały mu na sercu.
Zanim został biskupem, był zakonnikiem. Odznaczał się wielką pobożnością, niebywałą pracowitością i rzadko spotykaną wrażliwością. Ponoć w chwilach smutku i radości nie mogąc powstrzymać łez, wybuchał niepohamowanym płaczem.
Zasiadał na tronie arcybiskupim w Gnieźnie zaledwie dwa lata. Jego dobrze zapowiadające się rządy przerwała nagła śmierć. Ponoć został otruty przez nadwornego lekarza za to, iż przyczynił się do ukarania różnowierców, którzy znieważyli religię katolicką.
Był bardzo hojny. Wspierał klasztory, fundował świątynie, pomagał potrzebującym. W testamencie, który spisał tuż przed śmiercią, wszystkie swoje dobra ofiarował kościołom, ubogim oraz ofiarom klęsk żywiołowych.
Przez całe życie towarzyszyło mu przeczucie bliskiej śmierci. Ponoć będąc jeszcze w pełni sił kazał zbić dla siebie trumnę, którą często oglądał i wszędzie z sobą woził. Później, już jako prymas, wjeżdżając do Łowicza wyrzekł prorocze słowa, iż zamek ten stanie się dla niego miejscem oczekiwania na śmierć. Miał rację. Zmarł niespodziewanie nie odbywszy nawet ingresu do katedry gnieźnieńskiej.
W dzieciństwie był bardzo słabowity i często chorował. Zrozpaczeni rodzice powierzyli go opiece Najświętszej Marii Panny, za której przyczyną – jak wierzył – utrzymał się przy życiu i zdrowiu. Odtąd – jak pisze Jan Korytkowski – „aż do zgonu rzewnym i gorącym ku Niej odznaczał się nabożeństwem.”
Przyszedł na świat w niewielkim Baranowie nad Gopłem, w parafii Polanowice. Nie kształcił się w zagranicznych szkołach, nie miał utytułowanych krewnych i nie posiadał wielkiego majątku. Na wszystkie zaszczyty zapracował sam – bystrością umysłu, sumiennością i wrodzonymi talentami.
Był jednym z najwybitniejszych polskich biskupów XVI wieku. Doceniano jego pobożność, wykształcenie i nieskazitelne życie. Zasłużył się m.in. działalnością reformatorską oraz zaangażowaniem na rzecz podpisania unii brzeskiej, za co papież Urban VIII przyznał mu kapelusz kardynalski.
Był jednym z najkrócej urzędujących arcybiskupów gnieźnieńskich. Wyniesiony na tron arcybiskupi w Gnieźnie przez króla Zygmunta III Wazę zmarł trzy miesiące po odbyciu ingresu – najwspanialszego, jakie miasto św. Wojciecha dotąd widziało.
Należał do najgorliwszych i najbardziej pracowitych książąt Kościoła swoich czasów. To właśnie jemu zawdzięczamy polski przekład Pisma Świętego oraz trzy seminaria duchowne: w Kaliszu, Włocławku i Gnieźnie.
Był zwolennikiem sprawowania liturgii w języku polskim oraz prowadzenia dialogu z innowiercami. W XVI wieku poglądy takie zakrawały na herezję. Dziś Uchański uchodzi za prekursora idei ekumenicznych.
Należał do najbliższych współpracowników Zygmunta Augusta. Jako jeden z nielicznych popierał ożenek monarchy z Barbarą Radziwiłłówną. Nie dziwi, że gdy zmarł, król opłakiwał go szczerymi łzami.
Gdy Zygmunt August ujawnił swój potajemny ślub z Barbarą Radziwiłłówną, na kolanach zaklinał go, by zerwał to małżeństwo. Obiecywał, że grzech królewski dźwigać będzie cały naród. Niewiele jednak wskórał. Nie pomogły nawet groźby, że prędzej da sobie ręce odrąbać niż nałoży na skroń Barbary koronę królewską.
Był jednym z najbardziej oddanych stronników i zauszników królowej Bony. Według anegdoty biskupią mitrę zawdzięczał swojemu apetytowi. Goszcząca u niego na śniadaniu królowa, widząc jak zgarnia na swój talerz wszystko, co zostało na półmisku kpiła ponoć: „Widzę, że probostwo nie jest w stanie cię wyżywić. Trzeba zrobić cię biskupem.”
Zasiadł na tronie arcybiskupim w Gnieźnie mając 74 lata. Godność prymasa – podobnie jak wiele wcześniejszych urzędów – podobno sobie kupił. Faktem jest, że gorliwością i uczciwością nie grzeszył. Jako polityk był jednak sprawny i pozostawił po sobie dobre imię.
Był wytrawnym oratorem i zdolnym pisarzem, który z równą biegłością układał mowy pochwalne co uszczypliwe paszkwile. Jednym z najbardziej znanych jest ten o smoku siedzącym na Wawelu, czyli miłościwie naszym dziadom panującej królowej Bonie.
Przez jednego z możnych został wtrącony do więzienia, drugiemu zawdzięczał wyniesienie na szczyty władzy. Z jej przywilejów korzystał jednak bardzo rzadko. Stronił od intryg, nie lubił pochlebców i nigdy nie przyjmował łapówek.
Był tytanem pracy. Szczodry, zapobiegliwy, rozsądny zyskał szacunek sobie współczesnych i potomnych. Znany polski pisarz doby odrodzenia Andrzej Frycz Modrzewski wspominał go, jako: „najoświeceńczego, najmędrszego księcia Kościoła i Rzeczpospolitej.”
Znany był z wesołego usposobienia, dowcipu i umiłowania wystawnego życia. Mimo znacznych dochodów, ciągle brakowało mu pieniędzy. Z powodu długów został nawet wyklęty.
Prymas Zbigniew Oleśnicki często mylony jest ze swoim stryjem, sławetnym biskupem krakowskim Zbigniewem Oleśnickim, który doradzał Władysławowi Jagielle. Błąd to poważny, bo był od niego nie tylko młodszy, ale i mniej łasy na wszelkie godności i wyróżnienia. Przez długie lata pracował w królewskiej kancelarii przechodząc kolejne szczeble kariery urzędniczej od zwykłego pisarza począwszy, a na podkanclerzu skończywszy.
Zasłużony i wybitny – tak najkrócej można scharakteryzować postać Jakuba z Sienna. Odznaczał się wzorową pobożnością, bronił praw i swobód Kościoła, nie skąpił grosza na świątynie i wiernie służył krajowi jako zręczny dyplomata i polityk.
Niezbyt cnotliwe prowadził życie i niechwalebny był jego koniec. Ucztując do późnej nocy z przyjaciółmi najpierw popadł w obłęd, a później skonał nieopatrzony olejami świętymi. – To kara za gorszące postępki – grzmiał współczesny mu Długosz.
Jego wybór wywołał w kraju wielkie zdziwienie, bo ani urzędów wysokich nie zajmował, ani godności kościelnych znacznych nie piastował. Cieszył się jednak sporym zaufaniem króla i wydaje się, że zaufania tego nigdy nie zawiódł.
Był lepszym politykiem niż duchownym. Tuż po swoim wyborze skarżył kanoników i prałatów gnieźnieńskich o dobra zapisane im przez poprzednika abp. Wincentego Kota. Nie odpuścił też znaczniejszym osobistościom. Do historii przeszły jego kłótnie z biskupem krakowskim Oleśnickim.
Zanim został wybrany arcybiskupem metropolitą gnieźnieńskim był nauczycielem i wychowawcą królewskich synów: Władysława i Kazimierza. W swoje wyniesienie początkowo nie uwierzył, a później, jako człowiek niezwykle skromny, nie chciał godności przyjąć.
Był wybierany na tron arcybiskupi w Gnieźnie dwukrotnie. W obu przypadkach interweniował Władysław Jagiełło. Za pierwszym razem w objęciu urzędu Jastrzębcowi przeszkodził, za drugim musiał go do tego namawiać.
Objął tron arcybiskupi w Gnieźnie po śmierci Mikołaja Kurowskiego. Podobnie jak poprzednik był blisko związany z dworem królewskim i do końca życia wiernie służył Władysławowi Jagielle. W pamięci potomnych zapisał się jednak przede wszystkim jako pierwszy Prymas Królestwa Polskiego.
